Złamane serce

Zawód dziecka to ogromny ból serca dla każdego rodzica. Gdy rodzic jest powodem zawodu dziecka, serce rodzica nie boli, ale się łamie…

Raz w tygodniu mój potomek chodzi na basen. W wodzie czuje się jak ryba, ale zamiast wykonywać instrukcje, woli szlifować swój własny freestyle. W drodze na zajęcia z pasją powtarza swoją pływacką mantrę “splash, splash, splash, kick, kick, kick”… Tym razem na mantrze się skończyło…

Przez cały dzień w ramach rozproszenia uwagi powtarzałam mu“splash, splash, splash”, nie dziwo więc, że do samochodu T pobiegł tańcząc i śpiewając, sama w końcu nakręcałam biedne dziecko … A tu klops… Po dwóch dniach deszczu auto nie odpaliło (jakaś wilgoć mi się gdzieś zbiera, gdy mocniej pada; a gdy słońce zaświeci trochę, to jest już ok, like magic). Dźwięk ryczącego silnika raz,  drugi, trzeci, dwudziesty szósty…

Z gulą w gardle powiedziałam “T, nie pojedziemy dziś na basen. Mamy auto nie jedzie, zepsuło się, przykro mi, skarbie…”

Dziecko popatrzyło na mnie okiem łagodnym jak baranek wielkanocny, spuściło głowę i poszło się bawić klockami. Wtedy poleciały mi łzy, byłam dumna z jego spokoju i zrozumienia, ale byłam też zła i smutna… Popłakałam się na dobre…

“Mama, mummy, mum”, popatrzył na mnie jakby chcąc się upewnić, że któreś z tych słów to na pewno do mnie i o mnie…

Kocham Cię” pokazał mi w języku migowym, przytulił i dał mokre buzi otwierając szeroko buzię…

I jak tu nie płakać…

Advertisements

Racjonalna do bólu

W nadchodzącym tygodniu czeka mnie pierwsza nocna rozłąka z mym pierworodnym. Po raz pierwszy nie spędzimy nocy (lub trzech) pod jednym dachem. Znajoma się mnie zapytała jak się z tym czuję, czy mi ciężko i smutno, na co ja się spojrzałam na nią z miną WTF, bo nie wiedziałam, o co jej chodzi…

Podobnie było, gdy wróciłam do pracy po (urlopie, jasne) macierzyńskim. Tysio miał wtedy niespełna osiem miesięcy, a ja z dziwną wewnętrzną radością szłam rano ulicami Londynu czując, że wracam do siebie. W pracy każdy otaczał mnie troską i opieką próbując ułatwić mi powrót do rzeczywistości, a ja patrzyłam na nich z tą samą miną WTF, którą zaoferowałam mojej koleżance. Ależ ja was proszę, nic nie cieszy tak jak użycie toalety bez małoletnich świadków lub wypicie jeszcze gorącej kawy i to bez pośpiechu, i w całości… Ach, i te rozmowy na inne tematy niż kolor lub konsystencja stolca w pieluszce – bezcenne.

Moja mama regularnie nazywa mnie nieodpowiedzialną, gdy moje dziecko bez czapki wyjdzie z domu (bo przecież przez głowę grypa nas atakuje, prawda?), a ja nie lecę do przychodni za każdym razem, gdy zielony okaz wychodzi z małego nosa. Ba, ja jeszcze go do childminder wtedy wysyłam. Straszna matka ze mnie. To przeze mnie dziecko choruje.

Moja mama też nie rozumie dlaczego nie zachęcam Tysia do zjedzenia jeszcze jednej łyżeczki obiadu za zdrowie mamusi i tatusia (bo przecież za mało zjadł!). Straszna matka ze mnie. Głodzi dziecko.

Mój własny mąż-nie-mąż łapie się za głowę, gdy że stoickim potrafię kontynuować jazdę samochodem w tragicznych warunkach pogodowych (i bez możliwości postoju), mimo że dziecko mi wyje pod niebiosa na tylnym siedzeniu (zdarzyło się). Bez serca ze mnie matka.

Ta sama matka straszna i bez serca potrafi też z opanowaniem i wyuczoną precyzją przełożyć dziecko przez kolano i grzmotnąć mu w plecy, kiedy zaczyna się krztusić, podczas kiedy inni latają po pokoju i wzywają Matkę Boską Częstochowską o pomoc.

Kiedy więc wyjeżdżam na kilkudniowe szkolenie z dala od domu, jedyne co czuję to wielką radość i nadzieję, że wreszcie się kurna wyśpię!!!

Bo ja jestem taka do bólu racjonalna… (i to w sobie bardzo lubię). Tyle w temacie.

Dajcie wino

– Chodź, zmienimy pieluszkę…
– NEH!!!

Ryk.

– Zobaczmy, co kotki robią…
– NEH!!!

Ryk.

– Może pójdziemy do domku Świnki Peppy [mamy w salonie]…?
– NEH!!!

Lament.

– Czas na obiad!
– NEEEEEEH!!!

Ryk.

– [do siebie] Ale kurna herbatnika byś na pewno wciął…
– Am, am?

Wzrok pełen nadziei…

Nadzieja prysła. Ryk.

– A może chcesz wody?
– NEH!!!

Foch do potęgi n…

– Wiesz, co, ja chyba muszę z Tobą wyjść z chałupy, bo zwariuję dziś z Twoim humorem…
– Hahahahahahaha… (po czym przynosi buty).

Kto poleje? Czerwone proszę… Duża lampka. Ta, co całą butelkę mieści…

 

image
http://www.yummymummyclub.ca