Złamane serce

Zawód dziecka to ogromny ból serca dla każdego rodzica. Gdy rodzic jest powodem zawodu dziecka, serce rodzica nie boli, ale się łamie…

Raz w tygodniu mój potomek chodzi na basen. W wodzie czuje się jak ryba, ale zamiast wykonywać instrukcje, woli szlifować swój własny freestyle. W drodze na zajęcia z pasją powtarza swoją pływacką mantrę “splash, splash, splash, kick, kick, kick”… Tym razem na mantrze się skończyło…

Przez cały dzień w ramach rozproszenia uwagi powtarzałam mu“splash, splash, splash”, nie dziwo więc, że do samochodu T pobiegł tańcząc i śpiewając, sama w końcu nakręcałam biedne dziecko … A tu klops… Po dwóch dniach deszczu auto nie odpaliło (jakaś wilgoć mi się gdzieś zbiera, gdy mocniej pada; a gdy słońce zaświeci trochę, to jest już ok, like magic). Dźwięk ryczącego silnika raz,  drugi, trzeci, dwudziesty szósty…

Z gulą w gardle powiedziałam “T, nie pojedziemy dziś na basen. Mamy auto nie jedzie, zepsuło się, przykro mi, skarbie…”

Dziecko popatrzyło na mnie okiem łagodnym jak baranek wielkanocny, spuściło głowę i poszło się bawić klockami. Wtedy poleciały mi łzy, byłam dumna z jego spokoju i zrozumienia, ale byłam też zła i smutna… Popłakałam się na dobre…

“Mama, mummy, mum”, popatrzył na mnie jakby chcąc się upewnić, że któreś z tych słów to na pewno do mnie i o mnie…

Kocham Cię” pokazał mi w języku migowym, przytulił i dał mokre buzi otwierając szeroko buzię…

I jak tu nie płakać…

Advertisements

Za rok umrę

Wczoraj minęły już dwa lata od śmierci Ani Przybylskiej. Miała 35 lat i była matka trójki dzieci, a najmłodsze miało niespełna dwa lata, gdy Ania umarła.

Nie oglądałam żadnego filmu ani serialu z Anią. Była bardzo popularna i wielu ceniło jej talent, mimo że nie uczęszczała do żadnej szkoły filmowej. Dwa lata temu, gdy umarła nawet zapłakałam.

Byłam wtedy u schyłku ciąży, miałam 32 dwa lata, niewiele mniej niż Ania, gdy odeszła. Myślałam, że jest tak wiele miejsc, których nie widziałam, książek, których nie czytałam, wyzwań, których chciałabym się podjąć. Chciałabym sobie zrobić tatuaż, skoczyć ze spadochronem, nauczyć się jeździć na nartach. A przede wszystkim, chciałabym widzieć, jak mój syn dorasta, a mąż się starzeje…

Za rok kończę 35 lat. Często myślę, jak Ani udało się zaakceptować (a może się nie udało?), że nie będzie w stanie zrealizować swoich planów i celów? Posłanie dzieci do szkoły, świętowanie z nimi sukcesów zdanych egzaminów, pierwszej pracy, przeżywania z nimi pierwszej miłości i złamanego serca, oczekiwanie na wnuki… A mąż? Ania wiedziała, że nie będzie z nim, gdy jego głowa pokryje się siwymi włosami, a ciało zmarszczkami…

Jak planujesz swoje życie, jeśli wiesz, że tak niewiele Ci go pozostało?

Nie opłakujmy Brangeliny

No i stało się. Połowa świata jest w szoku, druga połowa wzrusza ramionami, obóz Jennifer wreszcie wygrał!!!

Nagle z krzaków wychodzą znawcy związków, psychoanalitycy, eksperci, każdy chce swoje dwa grosze dorzucić, bo przecież to taka twarda para była, i taka piękna, i taka cudowna, i mieli wszystko, i piękne dzieci, i mądrzy byli, normalnie miód, cud i orzeszki…

Nigdy nie zrozumiem fascynacji światem znanych i bogatych, celebrytów… Nie mówię, że nie kliknęłam na kilka artykułów o tym rozwodzie stulecia, bo kliknęłam. Na inne ploty też mi się czasem zdarzy kliknąć. Ale nie myślę, nie analizuję, nie próbuje znaleźć powodów, osób trzecich, ciąż i snuć inne scenariusze na temat tej pary, ani żadnej innej pary. Brangelina są dla mnie jak Kowalscy czy Patel (celowo nie Smith). To po prostu ludzie. Ludzie z problemami, ze słabościami, z chorobami… To nie Bogowie. Ich rozstanie nie powinno być sensacją ani dla Ciebie, ani dla mnie. To nie są ani Twoi przyjaciele, ani moi. To, co wiemy o nich z mediów to mały ułamek ich życia i zapewne daleki jest od prawdy. Prawdopodobnie więcej wiemy o osobie, która nam w lokalnym sklepie wydaje resztę, a z pewnością jej życie prywatne nas nie interesuje. 

Przestańmy więc opłakiwać coś o czym niewiele wiemy i czego nigdy nie byliśmy częścią… Przestańmy opłakiwać Bogów, których sami stworzyliśmy, mimo że nie istnieją… 

Przestańmy opłakiwać Brangelinę, bo świat z nimi czy bez nich jest dla nas dokładnie taki sam…

New year’s resolutions

Zawsze byłam fanką postanowień, ale nigdy nie lubiłam postanowień noworocznych – nie, kiedy ‘nowym rokiem’ jest rok kalendarzowy. Postanowienia noworoczne są zbyt trendy, a ja nie lubię gonić tłumów. Kiedy w styczniu ludzie mnie pytają o postanowienia noworoczne, ja im odpowiadam krótko “jestem tak zajebista, że postanowień nie potrzebuję.”

Jedno jednak nie wyklucza drugiego, dlatego nieoficjalnie moim miesiącem wyrzeczeń jest… wrzesień. Koniec lata, początek szkoły, cokolwiek postanowię, przed Nowym Rokiem będzie zrobione, więc kiedy reszta będzie chciała wprowadzać zmiany na lepsze, ja w wersji ‘super’ będę wkraczać w styczeń z uśmiechem jak z “Maski”.

W tym roku razem z Carlem rzucamy cukier, a bardziej dokładnie – fruktozę. Od września do końca października nie jemy tradycyjnych słodyczy, nie jemy produktów z dodanym cukrem, nie pijemy soków, ani nie jemy owoców. Owoce zaczniemy wprowadzać z powrotem pod koniec października.

Na ten pomysł natknęłam się zobaczywszy stronę I Quit Sugar. Potem usłyszałam o książkach Sarah Wilson (I Quit Sugar: Your Complete 8-Week Detox Program and Cookbook), Davida Gillespie (Sweet Poison, The Sweet Poison Quit Plan) i Roberta Lustig (Fat Chance: The Hidden Truth About Sugar, Obesity and Disease), i tak się zaczęło…

Założenie jest takie, ze większość z nas jest uzależniona od cukru, a fruktoza jest jednym z gorszych cukrów, bo nie jest przetwarzana w energię jak na przykład glukoza, a trafia od razu do wątroby, a stamtąd w dupcię, uda czy brzuszek w postaci kiełbasek lub oponek. Kiedyś coś słodkiego było rzadką okazją, teraz cukrem jesteśmy faszerowani na prawo i lewo. Odwyk cukrowy pozwala oczyścić organizm, zerwać z nałogiem i wykalibrować kubki smakowe.

Wiele osób przechodzi tortury zrywając swój nałóg z cukrem – Carl miał trzęsiawki i zimne poty, moja mama czulą ssanie przypominające jej o tym, że kiedyś była nałogowym palaczem, ja natomiast przez tydzień czułam się zmęczona jak w pierwszym trymestrze ciąży. Własnie kończymy tydzień trzeci i dajemy radę. Ba, czujemy się świetnie! Ja z Carlem właśnie dorzuciliśmy do naszego postanowienia alkohol, oczyszczamy się raz, a dobrze! Nie ma mocnych!

Polecam wszystkim!

Spełnienie

Od mojego ostatniego postu znowu minęły wieki, do tego fanów starego bloga na Facebooku nadal przybywa – zupelnie nie wiem, jak to możliwe…

A tutaj cisza… Życie pędzi , a tutaj cisza…

Już minęło 15 miesięcy odkąd wróciłam do pracy po narodzinach mojego pierworodnego. Wizja powrotu była ciemna, bo gdy ja dopiero myślałam o powiększeniu brzucha, mój dział już chorował na zarazę młodych matek – każda jedna odchodziła z pracy w przeciągu kilku miesięcy od powrotu, mimo że musiała oddać macierzyński. 

Jeszcze przed powrotem wysyłano mi wiadomości każdym możliwym sposobem o jednej babce, młodej matce, która na naszym wewnętrznym firmowym Facebooku pisała o swoim powrocie do pracy i swoich łzach, o traumie rozstania z dzieckiem i trudu odnalezienia w sobie siły, by wrócić do pracy, a dziecko zostawić w żłobku… 

Minęło 15 miesięcy… Jestem najbardziej zmęczoną i szczęśliwą Magdą, jaką (mój) świat znał… Wstaję o 5tej rano, chodzę spać czasem o 23ciej, czasem o 2giej, czasem pracuję w łóżku aż mi łeb opadnie (albo laptop spadnie), ale jestem szczęśliwa. Chałupa mi zarasta brudem, ale to nie szkodzi… 

Dopóki mam powód, żeby co rano wstawać o 5tej rano, to nie szkodzi… 

Kocham swoją pracę, kocham terminy, presję i tyle roboty, że nie mam czasu siku zrobić. Kocham ludzi, z którymi pracuje, z którymi spędzam częściej czasu niż z rodziną, którzy żartobliwie mnie nazywają wyzyskiwaczem NHS, a czasem po prostu obcokrajowcem. Kocham być taką mrówką, która zaiwania ze swoją chmarą innych mrówek przenosząc kolejne malutkie elementy z miejsca w miejsce i tworząc ostatecznie jedną całość… Kocham pracować w Londynie, gdzie niewiadomo jeszcze, co życie przyniesie po Brexicie, ale toczy się dalej, jakby nigdy nic… 

Ale… 

Uwielbiam wracać do mojej małej mieściny, pomimo UKIPowych tendencji jej mieszkańców. Kocham nasze lokalne parki i płace zabaw, które dają radość mej dziecinie.   Kocham swoją ulicę, którą dzielę ze wścibskimi babciami. One zawsze chcą być delikatne, ale i tak zawsze pierdolną coś rasistowskiego wobec mojego chłopa lub syna. Wiem, że dobre z nich dusze. Kocham mieszkać tak blisko stacji kolejowej, że słyszę komunikaty dochodzące z peronów… 

Kocham moje rześkie poranki, kiedy mogę sama w ciszy wypić kawę i skorzystać z toalety nie słysząc MAMA… 

A dziś są moje urodziny i to też kocham… 

Życie jest piękne… 

Pokolenie ‘bo mi się należy’

Czas ucieka, życie przemija, człowiek się starzeje… Takie myśli przychodzą mi do głowy coraz częściej… Jeszcze niedawno wydawało mi się, że gdziekolwiek się nie znajdę to jestem najmłodsza. Moja głowa jeszcze się nie dostosowała to tego, że od dawna ten stan rzeczy jest nieaktualny. Teraz przyszła pora na inne pokolenie, pokolenie Y, pokolenie milennialsów, jak zwał tak zwał… X to już przeżytek… Ja to już przeżytek.

Dlaczego o tym wspominam? Mam wrażenie, że obecnie młodzi ludzie uważają, że sporo im się należy bez większego trudu, bo tak powinno być i tyle. Jak to kiedyś za komuny się gadało, stoi czy leży pieniądz się należy. “Proszę”, “dziękuję” to słowa nieznane, ale “chcę” to już coś innego. Najchętniej to by przyjęli wszystko na tacy (i to koniecznie nie bylejakiej) a potem jeszcze wystawili tyłem, by im ktoś go podtarł…

Do takich przemyśleń skłoniło mnie kilka osób z mojego otoczenia. Jeden na przykład spędził ostatnio weekend za granicą, ale się spóźnił na samolot powrotny i nie przyszedł do pracy w poniedziałek. Myślał, że mu pracodawca pokryje tę wtopę, no bo dlaczego on ma brać urlop dlatego, że na samolot się spóźnił… Mój drogi, to był wyjazd prywatny a nie służbowy… Aż trudno uwierzyć, że takie podstawy trzeba tłumaczyć…

Drogie dzieci, w życiu samemu nic raczej nie przyjdzie do was samemu (chyba, że urodziliście się spadkobiercami do wielkiej fortuny, gratuluję). Macie maturę? Ślicznie! Studia też? Wow. Niesamowite. Gratulacje, a teraz na koniec kolejki proszę… See ya!

Rozstania kiedyś i dziś

Pomimo liczbowej przewagi mężczyzn nad kobietami w moim biurze, atmosfera nierzadko przesiąknięta jest plotkami na temat tzw. celebrytów. Zapewne pierwszą i ostatnią stroną internetową otwieraną na mym piętrze jest plotkarska sekcja Daily Mail Online. Niestety… A tam nowinki w stylu “ten ma kochankę”, “tamta ma zmarszczki”, “ten robił botoks” a “ta się rozwodzi po tygodniu małżeństwa”. Ja dziś o tym ostatnim, o rozstaniach.

Czy w dzisiejszych czasach rozstania przychodzą ludziom łatwiej niż kiedyś? Czy z lżejszym sercem podpisujemy papiery rozwodowe niż nasze babcie? Czy zrywanie znajomości przez SMS jest normą? Tego nie wiem. Na pierwszy rzut oka tak wygląda.

Szybkie związki, szybkie śluby i jeszcze szybsze rozwody. “Kiedyś tak nie było”, słyszymy. “Kiedyś to ludzie naprawiali, a nie wyrzucali”, mówi krążące od lat po necie zdjęcie starszej pary trzymające się za ręce. “Teraz ludziom nic się nie chce, każdy jest wygodny i myśli tylko o sobie”.

Analogicznie można mówić, że kiedyś nie było pedofilii, przestępczość wydawała się niższa, nie było gejów (bo przecież to jest “wynalazek” nowoczesności), a ludzie żyli razem do swoich ostatnich dni. Hmm…

Kiedyś nie było światłowodów, które by ekspresowo rozsprzestrzeniały informacje po całym świecie, pedofilia pewnie była bardziej pobłażana (Jimmy Savile?), a jej konsekwencje mniej rozumiane, geje jak najbardziej byli wśród nas, ale nie machali tęczowymi flagami domagając się równych praw, a ludzie rzeczywiście żyli razem do swoich ostatnich dni. Mąż bił żonę, ojciec lał dzieci, kobieta siedziała w garach i nie miała wiele do powiedzenia, w domach mogły odbywać się ciche miesiące, zamiast cichych dni, mogły dziać się zbrodnie, ale mąż i żona trwałe razem do swoich ostatnich dni. Bo taka była wtedy mentalność. Nikt nie chciał zmieniał status quo, bo był niewolnikiem swojego własnego losu, a raczej niewolnikiem tego, co ludzie powiedzą. Rozwody i rozstania były nie do przyjęcia zwłaszcza, gdy w rodzinie były dzieci… A dziś? Dziś jesteśmy wolni(-ish). Nosimy kolczyki między brwiami, śpimy z ludźmi, których imienia nie znamy, łączymy kratkę z pasami, czerwień z pomarańczą, a całą resztę mamy po prostu w dupie.

Czy szybkie rozwody są więc dziś skutkiem emocjonalnego lenistwa i niedbalstwa, bo wszystko nam wisi i powiewa, czy oznaką obyczajowej wolności, o której nasi przodkowie mogli tylko pomarzyć…?